Posts tagged ‘zdrowe kanapki’

Pasta ze słonecznika

Kryzysowo-awaryjna pasta ze słonecznika. Robię ją zawsze, gdy potrzebuję na szybko czegoś na kanapki. Gdy wpadam do domu głodna, ale nie na tyle zdesperowana, by jeść chleb z żółtym serem. Słonecznik zawsze mam w szafce, natkę w kubku z wodą, albo posiekaną i zamrożoną. Wystarczy dodać trochę koncentratu pomidorowego, oleju i ulubionych przypraw. Zero filozofii.

Składniki:

Ja zawsze sypie na oko, więc jak będzie czegoś więcej lub mniej, to biedy nie będzie;) Ważne żeby nam smakowało.

* 3/4 szklanki ziaren słonecznika,

* 2-3 łyżki oleju sezamowego bądź innego ulubionego,

* 1/2 pęczka natki,

* 2-3 łyżki koncentratu pomidorowego,

* szczypta dobrej soli, dużo świeżo mielonego pieprzu,

* można dodać ulubione przyprawy, zioła, ja często dodaję czarnuszkę, gdy mam na stanie.

Wykonanie:

Ziarna słonecznika uprażyć na suchej patelni kilka minut. Tak alby leciutko się przyrumieniły i pięknie pachniały. Natkę umyć i z grubsza pokroić. Wszystkie składniki wrzucić do blendera z nożykiem i zmielić na w miarę gładką pastę, tak by się dało posmarować kanapki.

Ja nigdy nie dążę do perfekcji w mieleniu, bo zajmuje to trochę a zazwyczaj jestem głodna. Więc ukręcę trochę i myślę, a zjem taką grubo-mieloną, a potem dokręcę na gładko. No i dokręcanie zarzucam.

Jeszcze ciepła, na jeszcze ciepłym domowym chlebie na zakwasie smakuje genialnie!

Ps. Czy wy też cieszycie się wiosennymi warzywami? Botwinka, szczypior, kalarepka, szparagi, młoda kapusta, rabarbar … mmm:)

Zupa ogórkowa, pasztet z pestek dyni i chlebek daktylowy

Mój długi świąteczny urlop dobiega końca. Za oknem… wiadomo, chyba każdy ma już dość tej pogody. W piękne całe wolne dni (piękne dlatego że całe wolne, a nie z powodu pogody) regenerowałam siły. Odkurzyłam matę do jogi i wróciłam do zdrowych posiłków. Opychanie się słodyczami i barku ruchu zdecydowanie mi nie służą. Nie żebym przybierała na wadze – to mi nie grozi chyba nigdy i potwierdzi to każdy, kto mnie zna – ale nie mam na nic sił!

Back to healthy gar;)

A więc tu efekty mojego wczorajszego zrywu kulinarnego:  gar ogórkowej, pasztet z pestek dyni i bez-cukrowy placek pełen bakalii.

pycha OGÓRKOWA

1

* z włoszczyzny gotujemy bulion (w skład mojego weszły marchewki,  por, trochę brukselek, ziele angielskie, kminek i liść laurowy),
 * dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki i gotujemy do miękkości,
 * na maśle krótko podsmażamy starkowane ogórki  i dodajemy do zupy,
* doprawiamy pieprzem i gotowe!
Ja zazwyczaj podaję zupy posypane zieleniną i prażonymi ziarnami.

delikatny PASZTET Z PESTEK DYNI

Składniki:

* 300 gram pestek z dyni (1 i 1/2 szklanki)
* ok. 4 kromki dobrego suchego chleba
* 3 łyżki płatków owsianych
* 1 duża cebula i 2 ząbki czosnku podsmażone na maśle/oleju
 * sól, pieprz, czarnuszka, papryka ostra, inne ulubione zioła

5

Wykonanie:

Pestki dyni podprażyć na patelni, zmielić w blenderze i zalać 1 i 1/2 szklanki wrzątku. Odstawić na 15 minut. Chleb pokroić i również namoczyć w ok. szklance wrzątku. Płatki owsiane zmielić na mąkę, cebulę i czosnek podsmażyć na małej ilości tłuszczu (pestki same w sobie mają dużo tłuszczu, więc więcej im nie potrzeba). Wszystkie składniki połączyć. Dobrze doprawić do smaku solą, pieprzem, czarnuszką, papryką ostrą. Można dodać ulubione przyprawy i można wsypać ich dość dużo, bo sama masa jest bardzo łagodna w smaku. Wylać masę do podłużnej blaszki włożonej papierem do pieczenia. Wierzch posypać pestkami dyni, oprószyć delikatnie bułką tartą i docisnąć łyżką do dna. Można też kilka razy zrzucić foremkę z niewielkiej wysokości, coby się pasztet dobrze uleżał;) Piec ok. 40 minut w 200 stopniach, aż pasztet będzie odchodził od boków, a jego skórka się zarumieni.

Przepisy z których korzystałam: klik, klik.

i na deser:

BEZCUKROWY CHLEBEK pełen BAKALII

Przepis stąd: klik.

W sprawie ciast to ja nie mam za wiele do powiedzenia, więc nawet nie będę udawać, że znam się na rzeczy;) Starałam się robić ciasto ściśle wg. przepisu, coby go nie sknocić;) Jak na ciasto bez cukru jest mega słodkie i upiekę je pewnie jeszcze nie raz, choć następnym razem wrzucę same suszone morele. 

Smacznego!

Kiełki

Wklejam zdjęcia moich kiełków, bo nie mogę się oprzeć, żeby ich nie pokazać i o nich nie napisać. Bo suche, niby martwe ziarno, a podlane wodą pęcznieje, pęka i zaczyna rosnąć. To takie piękne, samo życie! Wybaczcie egzaltacje, ale  mamy dziś Dzień Ziemi, więc można się naturą pozachwycać:)

W tym roku po raz pierwszy zabrałam się za hodowlę kiełków. Na dworze wszystko kwitnie, a ja mam coraz większą ochotę chrupać młode, surowe warzywa. Zanim pojawią się one na rynku, proponuję kiełki. Maja w sobie mnóstwo witamin, mikroelementów i cennych łatwo przyswajalnych składników odżywczych. Idealnie nadają się na ten właśnie okres w roku, by wzmocnić się po zimie i przeżyć ciężkie początki wiosny;) Słońce mocno już przygrzewa, ale nie samym słońcem człowiek żyje. Czekam na wybuch zielonej bomby. Z kiełkami czekam cierpliwie.

Do hodowli wystarczą na początek 2 słoiki – większy i mniejszy, kawałek gazy, gumka recepturka, no i oczywiście nasiona.Na początek może być soczewica – z moich badan wynika, że zawsze się udaje.

Więcej informacji na temat zalet kiełków, szczegółowy opis różnych sposobów hodowli, rodzajów nasion itd. można znaleźć np. tutaj.

A ja wyciągam wiaderko kiełków do każdego posiłku. Biorę garść, rozkładam sobie na dłoni i podziwiam.  Czasem oglądam każdy jeden po kolei i się zachwycam i wzdycham i chrupie pojedynczo. I garściami też. Posypuje kanapki, sałatki, kasze, sosy, sypię prosto do buzi:)

Na zdrowie!

Siemię lniane

Gdy przeczytałam o dobroczynnym działaniu siemienia lnianego dla układu pokarmowego i w ogóle całego organizmu, postanowiłam włączyć je do mojej codzienne diety. Długo szukałam sposobu by jak najlepiej je wykorzystać. Na początku zaczęłam dosypywać prosto z paczki całe ziarna na kanapki, do wypieków, sałatek itp. Nie wyobrażałam sobie natomiast  jedzenia go w sposób najbardziej tradycyjny, czyli w postaci kleiku o nieprzyjemnej konsystencji.

Przystępny sposób „dawkowania” znalazłam na opakowaniu siemienia firmy Sante. Oprócz przepisów na wwn (wyżej wymieniony niedobry) kleik, znalazłam tam ciekawy przepis i postanowiłam się nim z wami podzielić. 

SPOSÓB NA SIEMIĘ LNIANE

Dowolną ilość siemienia lnianego wysypujemy na suchą, dobrze rozgrzaną patelnię i krótko podprażamy pod pokrywką. Cały czas ruszamy patelnią lub mieszamy drewnianą łyżką, by nie przypalić ziarenek. Gdy ostygnie rozgniatamy je w moździerzu (ja wrzucam do blendera) i dodajemy trochę soli kamiennej. Tak przygotowaną mieszanką posypujemy ulubione kanapki. Przechowujemy w szczelnym pojemniczku. Ja trzymam w słoiczku w lodówce.

Bardzo polubiłam tak przygotowane siemię. Pierwszy słoiczek skończył mi się kilka dni temu i kanapki zostały takie biedne bez posypki… Dziś wreszcie uzupełniłam braki i przygotowałam kolejną porcję.

Gdy siemię się podgrzewa, w kuchni zaczyna delikatnie orzechowo pachnieć. W kanapce siemienia prawie nie czuć, ale gwarantuję że nasz organizm je poczuje i wykorzysta wszystkie jego cenne składniki.

Na zdrowie! Poleca Pani Kanka